Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 187 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

ps

poniedziałek, 23 września 2013 22:31

 

dzisiaj rano słyszałam tę piosenkę w wykonaniu Skin i przypomniało mi się oryginalne wykonanie Paula Wellera. Kiedyś dla tej jednej piosenki kupiłam całą płytę - soundtrack do filmu Cats and Dogs - żadnego innego utworu z niego nie pamiętam.

Skin zaśpiewała, a mnie się przypomniał się głos Wellera, nie wiem co w nim jest, jakaś taka ciepła nuta, szczególnie w dolnych rejestrach, ciary na samą myśl przechadzają się po moich plecach :)

Dla porównania Skin - też w porządku (bo utwór jest taki, że trudno go zepsuć, a Skin narzędzie do śpiewania ma potężne i porządne), ale dla mnie Wellera nie pobije, no nie pobije ;) 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

obrona... i to wcale nie Częstochowy

poniedziałek, 23 września 2013 22:00

...bronię się mości Panowie i mości Panie. Moja edukacja dobiega smutnego kresu, pojemność mojego umysłu również... A miałam taką cudowną pracę dyplomową napisać... miałam i napisałam, tyle, że nie jestem z niej zadowolona, nie dopracowałam jej do końca, a termin obrony gonił, gonił, gonił...

IMG00411-20130829-1834.jpg

Zatem jak już napisałam bronię się, na dzień przed swoimi urodzinami stanę przed trzema panami uzbrojona w strzępki wiedzy o tym co napisać próbowałam i we fragmenty formułek, które pojąć zamierzałam... trzymajcie kciuki w pogotowiu, przydadzą się, żeby stres zniwelować... Jeszcze nie skończyłam studiów, a już tęsknić zaczynam. Teraz zostanie już tylko praca, praca i praca... chyba, że... no chyba, że uda się spełnić plany i dalej się rozwijać... a na razie trzymajcie kciuki w zanadrzu schowane, na szczęście moje skrzyżowane :)

   I jakoś tak mnie na Sigur Ros naszła ochota, nostalgicznie, jesiennie, sennie...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

... drugie oblicze ...

niedziela, 16 czerwca 2013 22:31

 

... obejrzałam sobie dzisiaj The Place Beyond The Pines ( u nas w kinach pojawi się jako Drugie Oblicze) film reżysera Blue Valentine, w którym również w roli głównej wystąpił Ryan Gosling. Lubię styl gry Goslinga zwłaszcza kiedy gra harde i niezależne postaci. Jest oszczędny w ekspresji, co przypomina mi bardzo Roberta Redforda. Kamera zwykle skupia się na ich twarzach, a i tak cały plan wibruje od emocji. W przeciwieństwie do aktorów, którzy muszą sobą zapełnić całe pole kamery, co zwykle ma wręcz przeciwny, drażniący skutek (np. Tom Cruise). 

Od pierwszych chwil The Place Beyond (...) chwycił mnie za serce pięknymi zdjęciami. Scena, w której 3 motocykle poruszają się (tańczą) wewnątrz stalowej kuli jest moim zdaniem przepiękna. Nie lubię filmów przegadanych, a ten na pewno takim nie jest. Poza banałem, który można wysnuć z jego fabuły o tym, że pieniądze nie załatwią wszystkich problemów oraz że każdy cel nie uświęca środków. Ważniejszą rzeczą dla mnie jest to jak bardzo ludzkie losy są ze sobą splecione, a raz podjęte decyzje odbijają się echem przez pokolenia.

Bardzo przyzwoicie według mnie zagrał Bradley Cooper, momentami znacznie lepiej niż w Silver Linings Playbook. Szkoda, że jakoś to tak umyka wszystkim dookoła w oczekiwaniu na kolejną część Kacvegas i po sukcesie (troszeczkę dla mnie niezrozumiałym, bo być może za bardzo nagonionym reklamowo) Silver Linings Playbook. 

Cały film The Place Beyond the Pines składa się z 3 części, bohaterem każdej z nich jest inna postać, choć wszystkie współtworzą jedną historię. Scenariusz jest kompletny i przemyślany i trudno doszukiwać się w nim luk (chociaż pewnie gdyby ktoś bardzo się uparł, to zawsze coś znajdzie). Największe wrażenie na mnie wywarło wręcz poetyckie piękno zdjęć i gra aktorów. 

To tylko subiektywne zapiski zaraz po obejrzeniu filmu. Nie chcę się rozpisywać nad fabułą celowo, bo łatwo zbyt wiele zdradzić. Film trafia do mojego prywatnego zbioru pod nazwą "klasyka - należy obejrzeć". 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

luce (światło)

sobota, 11 maja 2013 16:30

 

...wiele zależy od światła, nie tylko udana fotografia... światło oddziela dzień od nocy, światło sprawia, że nasza skóra ładnie wygląda a rysy twarzy łagodnieją, włosy błyszczą w słońcu i my jesteśmy szczęśliwsi. Mnie osobiście wraz ze słońcem uszczęśliwia bliskość morza. Ogrom rozciągającej się przestrzeni, niezakłóconej żadnymi przeszkodami pozwala mi swobodniej i głębiej oddychać... Nie przepadam natomiast za spacerami w lesie, uwielbiam jego zapach, ale to wszystko... W mojej pracy jest jedna winda z przeszkloną ścianą, uwielbiam nią jeździć. Rano, kiedy przychodzę do pracy słońce odbija się dokładnie w jej wnętrzu i pięknie rozpływa po wewnętrznym dziedzińcu... takie kilka sekund szczęścia :) 

(przy okazji przepraszam za te daty na moich zdjęciach, ale ustawiłam aparat w ten sposób celowo, bo bałam się, że zapomnę gdzie i kiedy byłam, poza tym nie sądziłam, że gdziekolwiek będę te zdjęcia wstawiać...)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

red rain is falling down...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013 0:04

sponsorem dzisiejszego wpisu jest producent wina (...). Ale ta piosenka, pojawiła się tu  nie dlatego, że kojarzy mi się z czerwony winem :)

Ta piosenka pojawiła się tu dlatego, że uwielbiam matowy głos Petera Gabriela i dlatego, że płyta "So", z której pochodzi  zawiera przebój za przebojem... i dlatego, że utwór ten ma w sobie taką przestrzeń jakiej dziś brakuje mi w wielu utworach. 

Własnie przed chwilą wywaliło mi cały wpis i staram się zebrać myśli, żeby odtworzyć to co chciałam tu napisać, ale to se ne vrati. Chwila minęła, a co było nie da się odtworzyć. Zatem zacznijmy od nowa...

Sponsorem dzisiejszego wpisu jest... żartowałam. taki firmowy żarcik :) Chciałam tylko napisać w tym zapomniamym przez Boga miejscu ( i nie mam tu na myśli żadnego miejsca na mapie), że uwielbiam przestrzeń utworów Gabriela i podziwiam jego odwagę, za miłość do Afryki, odwagę w poruszaniu ważnych tematów. Chciałam jeszcze tylko napisać, że kiedy słucham tej piosenki, to widzę spękaną od suszy ziemię Afryki i wyobrażam sobie jak pojedyncze krople zbawiennie rozpoczynają porę deszczową, porę narodzenia życia.

Zastanawiam się, czy też próbowaliście stać w deszczu z twarzą zwróconą ku niebu? Czy też  próbowaliście kiedyś  łapać na język spadające krople? Czy też czuliście jak deszcz spływał po waszym ciele, jak stopy grzęzły w rozmiękającym gruncie, a duże krople chłostały twarz, jakby ktoś tam u góry chciał wymierzyć  nam policzek? 

Nadchodzi wiosna. Zima powoli, z wielką niechęcią opuszcza ten skrawek ziemi i zastanawiam się jak żyć? Jak żyć po półrocznej zimie? Jak przekonać się, że jeden dzień słoneczny to jeszcze nie jej koniec i że ona nie odeszła na zawsze?

... red rain is coming down...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

hit sesji

sobota, 26 stycznia 2013 13:09

         Każda sesja ma swój hit. Tym razem w nauce pomaga mi Johny Cash - Hurt. Tak się przez te parę lat nastawiłam, że muszę mieć jakiś dodatkowy stymulator do zapamiętywania. Przeszkadzator tez - zwykle jest to jakiś serial, który muszę, po prostu muszę obejrzeć kolejny odcinek nim poddam się nużącemu procesowi udawania, że coś mi jednak w głowie pozostanie (obecnie Being Human - wersja angielska BBC- suuuper :) ). 

     Tym razem,  mam nadzieję, że jest to już sesja przedostatnia w mojej karierze studentki i zakończy się  pomyślnie (cóż, nadzieja  umiera ostatnia).

  A tymczasem Johnny Cash...nigdy nie przepadałam za muzyką country, tak mi się przynajmniej wydawało, a Johnny Cash kojarzył mi się z Johnem Waynem i przebrzmiałym echem westernów. Nie mogę powiedzieć, że stałam się fanką Casha, ale co chwilę wysłuchuję gdzieś z filmów, seriali jakieś piosenki, które nagle okazują się jego autorstwa. Głęboki głos, oszczędna oprawa muzyczna, takiego lubię go najbardziej. No i teksty, chyba to jest właśnie to co ludzi w tym country wyższego lotu przyciąga. Teksty o życiu, jego jasnych i ciemnych stronach (zwłaszcza tych ciemnych). Życiu napiętnowanym bólem, doświadczeniem, samozagładą. 

W dalszym ciągu nie podchodzi mi country śpiewane przez "lalki Barbie" nosowymi głosami lub też country cyrkowe czyli "małpa na bębnie w cyrku gra", ale z chęcią słucham sobie mruczących smęciarzy. To mi się obecnie podoba.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

controlling my feelings for too long ...

poniedziałek, 21 stycznia 2013 20:55

"controlling my feelngs for too long.." te słowa utkwiły mi w pamięci kiedy oglądałam serial Beenig Human (angielską wersję), bo to bardzo trafne słowa są ;) Nie tylko w serialu. No i tak mi się wkręciły w głowę, że pogooglałam sobie po necie i z uporem maniaka pomijałam wszystkie odnośniki do Muse. Czyniłam to błędnym przeświadczeniu, że tytuł piosenki to właśnie pierwsze jej wersy. Uparłam się też na to, że to nie Muse, ponieważ w serialu nie leciała cała piosenka (czytaj: wokalista nie zaczął zawodzić) i do głowy mi nie przyszło, że pod takim fajnym psychodelicznym początkiem kryje się firma "Muse".

  Może nigdy nie należałam do zagorzałych fanów tego zespołu, ale mam  wśród ich utworów swoje takie, które bardzo lubię.  Przekonałam się na własne uszy, że doskonale brzmią na koncertach. Znalazłam się na ich koncercie trochę jakby przypadkiem, ale wyszłam z niego pod wrażeniem. Jestem lekko uprzedzona do wokalistów, tkórzy mają swoją manierę śpiewania. Z jednej stronie można ich po tym rozróżnić, ale czasem jest to przypadłość lekko irytująca. W kilku utworach z ostatniej płyty, które odtwarzają różne rozgłośnie brakuje mi ostrego jak brzytwa dźwięku gitary, która kojarzy mi się nieodłącznie z Muse, są dla mnie trochę zbyt grzeczne, takie "bez pazura" i trochę takie jak nie Muse.  Nie stawiam tego jako zarzut, bo zespół który nie poszukuje nowych rozwiązań, nie rozwija się z każdą nową płytą, kiedyś przestaje istnieć, zanika w niebycie.

 Zdecydowanie rynek muzyczny byłby mniej ciekawy bez Muse, więc niech tam sobie eksperymentują i poszukują i próbują, a ja tymczasem sięgnę do czasu przeszłego i pomyszkuję tam gdzie mnie jeszcze nie było :)

Taki optymistyczny akcent w "blue monday" czyli wg doniesień naukowców :najgorszy dzień w roku 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

perth

czwartek, 22 listopada 2012 20:36

bon iver nową płytę wydał... wydał chyba rok temu, ale niedawno się zorientowałam :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

wspomnienie wakacji...

niedziela, 18 listopada 2012 21:56

no jak tu w taką pogodę nie dać się ponieść wspomnieniom wakacyjno-urlopowym. Pięknej pogody, słońca i nowopoznanych krajobrazów. 

W tym roku znowu wybór padł na piękną Italię, tym razem na krainy Ligurię i Piemont. Korzystałam znowu z usług tego samego biura podróży Horyznoty i jak się okazało trafiłam na tych samych pilotów, co poprzednim razem w Toskanii. Spotkałam też kilka osób z ubiegłego roku, które też zachęcone doświadczeniami poprzedniego wyjazdu chcieli zobaczyć co jeszcze kryje w sobie piękny półwysep. 

Pierwszego dnia dotarliśmy do Werony i od razu polubiłam to miasto. Turyści przemierzają je stadami, zorganizowanymi watahami, ale są ku temu powody, takie jak choćby piękna architektura, łagodne światło, atmosfera lekkiej bohemy… I naprawdę balkon Julii (zresztą zrobiony na potrzeby turystów) nie jest jedynym miejscem, które należy odwiedzić. Piękne jest kolosseum, które przystosowano do koncertów. Przypomniało mi się, że mam nagranie dvd fantastycznego koncertu Pearl Jam, który odbył się właśnie w tym przybytku w Weronie i poczułam się jak w domu. I poczułam, że mogłabym tam przylecieć tylko na jeden dwa dni, właśnie na jakiś koncert i pozwiedzać w spokoju… Wszystko przede mną, jeśli już nie za mną. Z prawdziwą ulgą rozgościłam się w Hotelu San Zeno po dwóch dniach podróży (wylot rano z Gdańska do Krakowa, a potem cała noc i dzień w autokarze). Droga do miejsca noclegu była kręta i wąska, jak to bywa ale widoki roztaczające się zza okna autokaru, poza którymi rozciągał się widok uśpionego jeziora Garda i rozświetlonych uroczyście dookoła niego miejscowości. Pierwszy raz od niepamiętnego czasu po wyjściu na balkon hotelowy moim oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach, bowiem okno wychodziło na jezioro otoczone wzgórzami, u stóp których jaskrawo żarzyły się niczym pochodnie światła okolicznych miasteczek. Żal było położyć się spać, ale zmęczenie nie pozwalało utrzymać otwartych oczu.

Następnego dnia popłynęliśmy w rejs po jeziorze Garda, pogoda była doskonała, słoneczna. Może światło nie było najlepsze zwłaszcza dla aparatu kompaktowego, ale to co zostało w mojej głowie wystarczy. Nie wiem, czy to hormony, czy jakiś inny demon, ale kilkukrotnie w gardle grzęzły mi łzy, bo to co widziałam dookoła było tak piękne, że ani moje słowa ani tym bardziej nieudolne zdjęcia, nie są w stanie tego oddać. Do uszu włożyłam słuchawki, zapuściłam przygotowaną z okazji wycieczki składankę i zachłystywałam się pięknem, które roztaczało się przed moimi oczami. Prom wpływał do niektórych miejscowości, które oczekiwały najazdu turystów niczym wystrojone odświętnie pannice na oblubieńca. W każdej z nich można było z promu wysiąść i zatopić się w ich urokach. Dopłynęliśmy do miejscowości Monte Baldo, gdzie czekała nas atrakcja w postaci wjazdu kolejką linową na … Monte Baldo 1760 m npm, taka sobie górka. O mały włos nie stchórzyłam, bo przepraszam, ale nie jestem zwolenniczką czegoś co nie ma oparcia na ziemi i dynda niebezpiecznie na wszystkie strony od czasu do czasu wyrywając z ust podróżnych okrzyki strachu pokrytego śmiechem. Na górze pochłonęłyśmy lekko przypaloną lasagne, ale za to z pięknym widokiem rozciągającym się na okoliczne góry i jezioro. Sam wjazd i zjazd na dół trochę trwał. Późnym popołudniem powróciliśmy do miasteczka i okazało się, że jest strasznie gorąco, a tam na górze było tak umiarkowanie chłodno i przyjemnie. Mogłabym tak opowiadać i opowiadać o każdej godzinie podróży, ale muszę szanować zdrowie tych dwóch osób, które skuszą się na przeczytanie tego wpisu… Kolejne dni przyniosły spacer po Cinque Terre – parku krajobrazowym i piękne widoki na miasteczka położone w urokliwych zatoczkach (zdrobnienia celowe, bo miasta były mikroskopijne w mikroskopijnych zatokach, więc trudno używać w tym wypadku poważnie brzmiących słów). Odległości między miejscowościami można było odbywać też koleją lub promem. W Vernazzy jadłam jak do tej pory najpyszniejsze gnocchi z sosem pesto, przepysznym pachnącym świeżą bazylią i oliwą. Mogliśmy odwiedzić też wytwórnię wina i "il Presidente" fabryki, we własnej osobie opowiadał tak ciekawie o procesie toczenia, butelkowania, leżakowania wina Barolo, że aż ślinka ciekła, tym bardziej, że w całym przedsiębiorstwie roztaczał się przyjemny zapach drożdży i po dłuższej chwili można było poczuć się na rauszu od samego oddychania. Przedstawił on całą drogę i formę produkcji tak entuzjastycznie, że nawet ja skusiłam się na butelkę wina, żeby potem w domu powspominać sobie tą fajną przygodę. Użyłam słowa „nawet ja”, bo zważywszy, że w drodze powrotnej czekała mnie znowu podróż samolotem z Krakowa do Gdańska, nie było to najrozsądniejsze posunięcie (zwłaszcza, że już przy wylocie miałam nadbagaż). Ale co tam! W końcu to był mój urlop. Kolejne hotele nie miały już tak urokliwego widoku jak ten pierwszy, ale też były niezgorsze.

Z odwiedzonych miejscowości bardzo spodobało mi się San Fruttuoso, gdzie już z promu oczom podróżnych ukazywał się piękny klasztor i w zasadzie niewiele więcej było tam do zwiedzania. Mimo nieustannego przepływu ludzi, było tam zaciszniej i spokojniej niż np. w Portofino, który prócz przepięknych widoków i drogich jachtów charakteryzował się ogromem turystów. Spokojne wypicie kawy w restauracji było niemożliwe z uwagi na przepływający tłum turystów – o tej porze roku w większości emerytów z Francji czy rozmarzonych, wszędobylskich amerykanów. Wracając do San Fruttuoso, na plaży był mały bar i niewielka restauracja, która była prowadzona przez rodzinę. Widziałam, jak mamma przygotowywała posiłki, a padre donosił świeże warzywa i chleb. Młodsze pokolenie zajmowało się obsługą klientów i parzeniem kawy. Pięknie, słonecznie, aromatycznie. Podobało mi się też Barolo, w którym trafiłam do prawdziwej winiarni, gdzie pani podawała wybrane gatunki wina do degustacji. Przy ladzie stała mosiężna spluwaczka, do której należało wypluwać próbowany alkohol (;). Miasteczko było małe i senne i puste, szkoda tylko, że na każdym rogu człowiek napotykał na uczestnika wycieczki. Bez obrazy dla współtowarzyszy przedsięwzięcia, po prostu miałam ochotę poszwędać się gdzieś sama, posiedzieć na jakichś schodkach, podumać… ale musiałam swój apetyt hamować i starać się być bardziej cywilizowana i uprzejma. Poznałam wiele nowych miejsc, ujrzałam mnóstwo przepięknych widoków i myślę, że tego rodzaju wyjazd może stanowić taką bazę do tego, żeby powrócić samemu do tych miejsc, które spodobały się najbardziej i tam spróbować się w nich zagubić i zapomnieć. Wróciłam z ogromnym niedosytem… niedosytem samotności, takiej pozytywnej, takiej na przemyślenia, na odpoczynek, na rozsmakowanie się w zwiedzanych miejscach, ale nie narzekam. Mam po prostu nadzieję, że wrócę już w konkretnie wybrane przez siebie miejsce i zadekuję się tam na jakiś czas. 

Na razie jestem przesycona wyjazdami zorganizowanymi i w chwili obecnej jestem raczej nastawiona na zmianę kierunku. Ciągnie mnie do Portugalii, ciągnie mnie do Barcelony, ciągnie mnie tam, gdzie mnie nie ma... 


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

lato, lato gdzie ty gdzie...

sobota, 28 lipca 2012 23:20

Dzisiaj wrzucę teledysk do piosenki Philla Collinsa  Against all odds, który składa się ze scen pochodzących z filmu o tym samym tytule. Nie mogłam się powstrzymać, te widoki plaż, piękny meksyk i pięknego Jeff Bridges. Takie letnie skojarzenia :) Jak tu o lecie nie myśleć, kiedy dzisiaj taki piękny żar się z nieba lał, że o mało nie rozpuścił mnie w moim nieklimatyzowanym samochodzie. I jak zapomnieć o słońcu, które uporczywie do samego zachodu próbuje wkraść się do mojego pokoju, od którego odgradzam go solidną żaluzją. Za to swobodny dostęp ma do jego wnętrza zapach nagrzanej słońcem trawy i takiego przesyconego słońcem powietrza. Nie zachęciło mnie to jednak do wieczornego spaceru pośród pól, na których czają się krwiopijcy w postaci szarych owadów, które potocznie nazywamy "bąkami", a pod którym to nickiem kryją się po prostu perfidne i boleśnie tnące  "gzy". Za to leniuchując sobie całe upojnie długie popołudnie odświeżyłam przy okazji film, który wspomniałam na samym wstępie. Jak już pisałam, piękne pejzaże, piękni ludzie (Rachel Ward ubrana w tej chwili jak najbardziej na czasie, śliniłam się do jej ubrań :), piękna opalenizna i piękna muzyka, no może najsłabszy scenariusz, ale jak na taki letni film doskonale się nadaje. Wszystko to sprawiło, że zamarzył mi się prawdziwy letni wypoczynek, gdzieś na końcu świata, nad pięknym błękitnym oceanem... ech! 


Wiem, że ostatnio tak jakoś na blogu sporo pojawia się klasyki, ale w takich klimatach ostatnio się obracam. Może przyczyną takiego stanu odrobinę jest moda na ubrania z lat 80-tych,  która bardzo mi odpowiada. To jednak tylko jedna strona tego medalu. Druga jest taka, że ta muzyka nigdy się nie starzeje i jak już raz się na nią trafi, to nie można się od niej uwolnić, co jakiś czas powraca i powraca i powraca :) 

Aha, taka ciekawostka: teledysk jest tak zmontowany, że układa się w zupełnie inną historię niż tak, którą opowiada film ;) "Nothing is as it seems" :) 

 

Grzebałam po sieci i znalazłam jeszcze coś takiego, niejaka Lykke Li - I Follow River. Trochę kojarzy mi się z Niki and the Doves, ale tylko odrobinę. To propozycja dla ochłodzenia i zrównoważenia dzisiejszego upału zwłaszcza jeśli chodzi o teledysk, w którym pani biegnie gołymi stopami po śniegu:) Enjoy. 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  54 968  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

image (8).jpgwięcej...

image (8).jpg"Teoria chaosu" tak bym nazwała to co się tu dzieje...

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 54968
Wpisy
  • liczba: 88
  • komentarze: 160
Galerie
  • liczba zdjęć: 39
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 0
Bloog istnieje od: 2918 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

abczdrowie